Wybierz region

Wybierz miasto

    Cudu jednak nie było

    Autor: MONIKA PAWLAK

    2000-05-22, Aktualizacja: 2009-08-21 13:24 źródło: Polska Dziennik Łódzki

    Górnik Zabrze - ŁKS Ptak 3:1 (3:0) 1:0 - Kompała (15 min.), 2:0 - Gierczak (35 min.), 3:0 - Kompała (42 min.), 3:1 - Krysiński (72 min.). Górnik: Bledzewski - Wiśniewski, Prasnal, Kolasa, Kocyba - Probierz, ...

    Górnik Zabrze - ŁKS Ptak 3:1 (3:0)



    1:0 - Kompała (15 min.), 2:0 - Gierczak (35 min.), 3:0 - Kompała (42 min.), 3:1 - Krysiński (72 min.).
    Górnik: Bledzewski - Wiśniewski, Prasnal, Kolasa, Kocyba - Probierz, Gierczak, Kompała, Brosz - Kaondera (od 56 min. Bonk), Gacek (od 81 min. Szwed).
    ŁKS: Sławuta - Lenart (od 46 min. Dombraye), Dziedzic (od 46 min. Magdoń), Krysiński - Jakubowski, Kościuk, Wyciszkiewicz, Grzelak - Hamlet, Milar (od 38 min. Łabędzki), Saganowski.
    Żółte kartki: Kompała (Górnik), Hamlet, Saganowski, Wyciszkiewicz, Kościuk (ŁKS). Czerwona kartka: Kościuk (83 min. za drugą żółtą).
    Sędziował Ryszard Wójcik (Opole). Widzów 1794.
    Chyba nie było - wśród kibiców ŁKS oczywiście - człowieka, który by nie wierzył, że piłkarze z al. Unii wygrają z Górnikiem w Zabrzu i zapewnią sobie utrzymanie w ekstraklasie. Okazało się jednak, że ludzie ci wierzyli w cud, który zdarzyć się chyba nie mógł. Dlaczego? Bo drużyna ŁKS nie jest już zespołem. Zaryzykuję twierdzenie, że przy al. Unii zamiast drużyny jest kilkunastu piłkarzy, myślących o własnych interesach. I tutaj należy szukać przyczyn porażki w Zabrzu.
    Ambicji i woli walki nie można odmówić tylko kilku zawodnikom - Sławucie, Kościukowi, Krysińskiemu, Grzelakowi, Saganowskiemu i rezerwowym, którzy weszli na murawę. Pozostali myśleli o tym, że ugrali kontrakt, więc mają sezon z głowy (Łukasz Madej), innym się nie chciało (Zbigniew Wyciszkiewicz), a jeszcze inni pewnie chcieli, ale zabrakło umiejętności i doświadczenia (Paweł Magdoń). Ale przecież w piątkę nie da się wygrać spotkania. Żadnego, a już tak ważnego szczególnie.
    Nie zgadzam się też z twierdzeniem, że mecz rozstrzygnął się do przerwy, bo gospodarze prowadzili 3:0. W drugiej połowie trener Bogusław Pietrzak dokonał dwóch zmian i obrona ŁKS prezestała przypominać szwajcarski ser. Mało tego, łodzianie mieli co najmniej trzy pewne sytuacje do zdobycia bramek. Żadnej nie wykorzystali, a gol Krysińskiego był bardziej przypadkiem, niż efektem przemyślanej akcji. Wniosek nasuwa się sam - w ekipie ŁKS zabrakło determinacji i wiary w sukces. Przecież zabrzanie po przerwie słaniali się już na nogach! Wystarczyło odważnie zaatakować i walczyć do utraty tchu. Tak jak tydzień wcześniej z Lechem.
    Moim zdaniem spadek drużyny z al. Unii stał sią faktem. Nie wierzę w to, co mówią niektórzy zawodnicy, że trzeba teraz wygrać z Zagłębiem i Amicą, i liczyć na porażki Górnika (gra z Lechem i Zagłębiem). Zabrzanie nie po to teraz wygrali, by dwa następne spotkania oddać bez walki, a ełkaesiacy znów liczą na cud. Taki się zdarza, ale w tym wypadku jest raczej wątpliwy, a wręcz niemożliwy. Szansa na uratowanie ekstraklasy była w sobotę, a jej się nie wykorzystało, to nie można liczyć na prezenty od losu.
    Czas na podsumowania i zastanawianie się nad przyszłością jeszcze będzie, ale już dziś można zadać pytanie, co dalej? Przy założeniu, że prezes Antoni Ptak zostanie z zespołem, wyjście jest proste. Zatrzymać trenera Topolskiego i pozwolić mu spokojnie pracować, ustalić z zawodnikami jasne reguły gry, a później wygrać drugą ligę i triumfalnie wrócić do grona pierwszoligowców. To jest do osiągnięcia, bo jeden z fachowców powiedział po sobotnim meczu, że z ligi nie spadnie wcale najsłabszy zespół.
    Mecz rozgrywany był w trudnych warunkach. Cały dzień w Zabrzu padał deszcz, więc murawa była śliska niczym tafla lodowiska. To oczywiście żadne usprawiedliwienie dla poczynań ełkaesiaków, bowiem gospodarze grali w takich samych warunkach. Łodzianie wyszli na boisko nieco stremowani, ale w pierwszym kwadransie walczyli i mogli prowadzić.
    Najpierw w 8 minucie Claudio Milar po doskonałym podaniu Zbigniewa Wyciszkiewicza posłał piłkę minimalnie obok słupka. Rywale odpowiedzieli szybką kontrą, a na strzał o odległości około 25 metrów zdecydował się Kaondera. Efektowna parada Michała Sławuty uratowała łodzian przed utratą gola. Za chwilę ełkaesiacy zgubili piłkę w środku pola, dopadł jej Kaondera podał do Michała Probierza, który minął Jarosława Dziedzica i uderzył z ostrego kąta. Na szczęście dla ŁKS Sławuta był na posterunku. Ełkaesiacy natychmiast wyprowadzili szybki kontratak. Austin Hamlet dograł do Wyciszkiewicza, ale jego uderzenie z odległości około 18 metrów minęło słupek bramki Górnika.
    W 15 minucie zaczął się dramat zespołu z al. Unii. Gospodarze egzekwowali rzut rożny. Piłka przeleciała nad polem karnym, powinien ją wybić Tomasz Lenart, ale za długo zastanawiał się co zrobić, więc Adam Kompała wykorzystał lekkie zamieszanie i strzałem z bliska pokonał łódzkiego bramkarza. Dwie minuty później mogło być już 2:0. Znów zabrzanie mieli rzut rożny, Probierz dośrodkował na głowę Jacka Wiśniewskiego, a piłkę sprzed bramki wybił Sławuta. Bramka uskrzydliła gospodarzy, którzy narzucili szybkie tempo i raz po raz stwarzali zagrożenie w polu karnym ełkaesiaków. W 28 minucie mocny strzał Probierza z prawej strony mógł zakończyć się golem, ale łódzki bramkarz efektownie wybił piłkę w pole.
    Siedem minut później było już niestety 2:0. Rafał Grzelak stracił piłkę na 20 metrze, przejął ją Probierz, przerzucił na drugą stronę pola karnego na głowę Piotra Gierczaka, który skierował ją do siatki. Łódzcy obrońcy nawet nie drgnęli. A trzy minuty przed przerwą ełkaesiaków dobił Kompała. Sławuta wyszedł za daleko próbując złapać piłkę w polu karnym, ale ubiegł go napastnik Górnika i strzelił do pustej bramki. Interwencji, dość nieudolnej zresztą, próbował jeszcze Dziedzic, ale nic z tego.
    W drugiej części meczu zadowoleni z prowadzenia gospodarze nie wysilali się zbytnio, a łodzianie próbowali odrabiać straty. W 65 minucie mocno uderzył z lewej strony Rafał Grzelak. Piłka zatrzymała się trzy metry przed bramką, ale Marek Saganowski posłał ją obok słupka. Później szczęścia próbował dwukrotnie Eddy Dombraye, ale oba strzały zamiast w siatce wylądowały daleko poza boiskiem.
    W 70 minucie była jeszcze szansa na zmianę niekorzystnego wyniku. Z pozornie niegroźnej sytuacji, po wrzutce z rzutu rożnego Wyciszkiewicza, ładną główką popisał się Marcin Krysiński. Przy stanie 3:1 łodzianie powinni przyspieszyć tempo gry i nadal atakować, ale wyraźnie stracili już wiarę w sukces. Chwilę później niewiele brakowało, by Kompała strzelił trzecią swoją bramkę - na szczęście Sławuta znów zachował się bez zarzutu łapiąc piłkę. Jeszcze w 79 minucie z lewej strony mocno uderzał Grzelak, ale niecelnie. A w 83 minucie boisko musiał opuścić Artur Kościuk. Obrońca ŁKS został ukarany drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartką. Oznacza to, że w dwóch ostatnich meczach tego sezonu piłkarz ten już nie zagra.
    Od tego momentu łodzianie czekali już tylko na gwizdek arbitra kończący mecz. Po jego zakończeniu niektórzy siedzieli na murawie nie mogąc pogodzić się z wynikiem, inni szybko opuścili boisko.
    Żałować można tylko tych, którzy walczyli ofiarnie i chcieli wygrać. Przykro to pisać, ale byli też zawodnicy, którym losy ŁKS były absolutnie obojętne. I tych powinien prezes Antoni Ptak wezwać na męską rozmowę. Był na meczu, widział to co wszyscy. Teraz może wyciągnąć wnioski. Oby nie były pochopne, bo złość lub żal nie są najlepszymi doradcami.

    Sonda

    Czy masz zaufanie do Pogotowia Ratunkowego?

    • Nie (68%)
    • Tak (32%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.