Wybierz region

Wybierz miasto

    Pożegnanie z placem zabaw

    Autor: Sławomir Sowa

    2000-06-06, Aktualizacja: 2009-08-21 13:24 źródło: Polska Dziennik Łódzki

    W piątek o godzinie 14 na plac zabaw przedszkola nr 15 przy ulicy Belzackiej w Piotrkowie weszło dwóch 11-latków. Akcja była krótka. Sześcioletni Artur i Mikołaj zostali zbici i skopani.

    W piątek o godzinie 14 na plac zabaw przedszkola nr 15 przy ulicy Belzackiej w Piotrkowie weszło dwóch 11-latków. Akcja była krótka. Sześcioletni Artur i Mikołaj zostali zbici i skopani. Mikołaj ma rękę złamaną w dwóch miejscach, Artur jest potłuczony i doznał wewnętrznego urazu brzucha. Przede wszystkim chłopcy boją się, bo tamci obiecali, że ich zabiją.
    Czy można traktować poważnie takie groźby z ust dzieci? Lekarze podeszli poważnie do ran zadanych przez te dzieci.
    Dyrektorka przedszkola nie zawiadomiła o napadzie ani policji, ani Straży Miejskiej. Mikołaja zawiozła do przychodni, bo wyglądał naprawdę źle. Artur skarżył się na ból brzucha, ale nikt nie wezwał lekarza. Nikt nie powiadomił również jego matki, cywilnej pracowniczki piotrkowskiej policji. Dziś dyrektorka najwięcej pretensji ma właśnie do niej - jakby nie narobiła hałasu, może rozeszłoby się po kościach. Do siebie nie ma pretensji.
    To ja na ciebie ,świnko"
    Od pobicia i zagipsowania ręki Mikołaj siedzi przed telewizorem, popłakuje i nic nie mówi. Artur przełamał się w niedzielę, kiedy matka wytłumaczyła mu, że pan policjant i tak już wie, kto ich napadł.
    - Podobno chodziło o to, że Artur i Mikołaj nie chcieli się zapisać do tamtej bandy - opowiada jasnowłosa pracowniczka policji. - Nie wiem, co za banda, pierwszy raz słyszę. Arturek powiedział mi, że ten jeden wyzwał go od łajdaka, więc odrzekł mu ,Jak ty do mnie łajdaku, to ja na ciebie świnko".
    Matka najwięcej pretensji ma do przedszkola: - Moje dziecko już tam nie wróci. Dyrektorka dzwoniła do mnie w niedzielę i pytała, jak tam Arturek i czy ma złamane żebro. Ale w piątek nie zabrała dziecka na pogotowie, ani nie dała mi znać. Położyli dziecko na dywanie i czekali aż ktoś odbierze...
    W przedszkolnym hallu wiszą na ścianach kolorowe motyle, gąski, krasnoludki wspinają się po drabinie i mówią ,Mamo, popatrz jak rosnę!"
    W przedszkolnej kancelarii dyrektorka Elżbieta Dziadkowiec pisze wyjaśnienie do wydziału oświaty. Na biurku talerz, w talerzu pływa w zupie kiełbasa.
    - Proszę, może pan zje mój obiad, bo ja nie mam czasu - prycha gniewnie. - Pojechałam z tym dzieckiem do przychodni, a jak wróciłam i powiedziałam, że ma złamaną rękę, to ten drugi dopiero, że go brzuch boli.
    - Dlaczego nie zawiadomiła pani rodziców ani policji?
    - Proszę pana, a jak się klockami na sali pobiją, to też za każdym razem rodziców mam wołać? A to dziecko odbierał kolega matki, policjant, który powiedział mi, że już nie muszę powiadamiać.
    - Można porozmawiać z wychowawczynią?
    - Niech pan da jej spokój, bo będzie z dziennikarzami rozmawiać, a tam znowu coś się z dziećmi stanie.
    Napad,
    czyli zdarzenie losowe
    Plac zabaw jest rozległy, a ogrodzenie zarośnięte żywopłotem. Nie wiadomo, którędy weszli w piątek napastnicy. - Dwadzieścia lat pracuję i jeszcze nigdy nic się takiego nie zdarzyło - wciąż trzęsie się Ewa Stępień. - Akurat byłam przy huśtawkach, bo jakby coś się miało stać, to najprędzej tam. Widziałam z daleka, że koło ogrodzenia jest jakieś zamieszanie, ale jak dobiegłam, ci dwaj już uciekli, a Artur i Mikołaj płakali. Artur już wtedy mówił, że boli go brzuch, ale później jeszcze zjadł deser i bawił się. Jak znowu zaczęło go boleć, położyłam go na wykładzinie, bo tak się robi. Ale to było jakieś dziesięć minut, nie więcej i przyjechał kolega matki, żeby go odebrać.
    - Dlaczego nie zawiadomiła pani matki?
    - Sama nie wiem, byłam tak wstrząśnięta..., teraz wiem, że to był mój błąd.
    Według wychowawczyni, był to jedyny błąd. Sama napaść to zdarzenie losowe, któremu nie dało się zapobiec.
    - Wzywamy rodziców w różnych przypadkach, niektórzy nawet mieli mi za złe, że niepotrzebnie głowę zawracam błahymi sprawami, że chcemy się pozbyć dzieci z przedszkola.
    Nadal nie ma odpowiedzi na pytanie, dlaczego w ogóle sześcioletni chłopcy zostali tak ciężko pobici. Czy jest ziarno prawdy, w tym, że nie chcieli zapisać się do ,bandy"?
    - Wiem od dzieci, że był jakiś konflikt poza przedszkolem - tłumaczy Ewa Stępień. - Ale dzieci mówiły też, że Mikołaj sypał piaskiem, a Artur ich wyzywał.
    Zostawiłam dziecko
    pod opieką
    Pracownicę policji najbardziej dręczy myśl, że nie zajęto się jej dzieckiem: - W końcu zostawiłam im Arturka pod opieką. Dlaczego nikt nie wezwał lekarza, nikt mnie nie zawiadomił?
    - Ja rozumiem, bo kocham dzieci, trudno ich nie kochać w tym zawodzie, sama też jestem matką - tłumaczy Ewa Stępień. - Dzwoniłam później, szukałam, w którym szpitalu jest Arturek. Matka odebrała go już w sobotę, a w niedzielę powiedziała dyrekcji, że jest jeszcze w szpitalu. Więc znów dzwoniłam po szpitalach. Po co oszukiwać?
    Piotrkowska policja prowadzi postępowanie wyjaśniające. Dzisiaj będą przesłuchiwani napastnicy, których tożsamość ustalono jeszcze w piątek. Może wyjaśni się, czy jest to tylko sprawa bezpieczeństwa w przedszkolu, czy podwórkowych ,band".
    Podinspektor Barbara Tarnowska, rzecznik piotrkowskiej policji: - Jeśli już w przedszkolu nie jest bezpiecznie, to gdzie jest?
    Artur i Mikołaj nie wrócą już ani na plac zabaw, ani do przedszkola. Wyleczą się i pójdą do szkoły. Pożegnali się już z placem zabaw.

    Sonda

    Czy masz zaufanie do Pogotowia Ratunkowego?

    • Nie (68%)
    • Tak (32%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.