- Świat dziecka to echo, w którym odbija się świat dorosłych - mówi reżyser Adam Guziński, który w Piotrkowie Trybunalskim spędził lata młodości i nakręci wkrótce film o mieście. Twórca nagradzanego "Wspomnienia lata" w rozmowie z tygodnikiem „7 Dni Piotrków” opowiada m. in. o tym, dlaczego bohaterami wszystkich jego filmów są nastoletni chłopcy, a także o tym, jak z perspektywy czasu zmieniło się jego postrzeganie Piotrkowa.

Pamiętam Cię sprzed ponad ćwierć wieku i gdy widzę teraz, mam wrażenie, że nie zmieniłeś się od jakichś 30 lat. Nie liczę zmarszczek, ale stoi przede mną ten sam krótko ostrzyżony i - jak zawsze - na czarno ubrany indywidualista. Zresztą, swoimi filmami, podejściem do kina, też pokazujesz, że jesteś tą samą artystyczną duszą. Nie poszedłeś na skróty, nie wpadłeś w tryby komercji. Pozostałeś sobą, realizujesz się artystycznie, i tak się zastanawiam, z czego właściwie żyjesz?
- Trudne pytanie, bo był taki moment, kiedy zarabiałem pieniądze, bo musiałem je zarobić i wtedy robiłem seriale i reklamy. Potem przestałem, bo chciałem zrobić film i to było dla mnie najważniejsze. Ciągle jestem w sytuacji podejmowania trudnych decyzji, ale naprawdę się bardzo bronię przed tym, by wchodzić na tę drogę. Mógłbym, ale nie po to kończyłem tę szkołę, żeby robić to tylko dla hajsu.

Spotkaliśmy się kiedyś, chyba w pekaesie do Łodzi lub z powrotem, kończyłeś reżyserię, ale przytłaczały Cię problemy z realizacją filmu dyplomowego, cała ta logistyka związana z organizowaniem pieniędzy, przebijanie się do hermetycznego, filmowego świata. Generalnie gehenna.
- Ogólnie ten zawód to gehenna. Fajnie się siedzi i rozmawia, ale tak naprawdę trzeba mieć masę samozaparcia i jakiś pomysł na to, żeby finansowo się utrzymać. To ciągłe wybory. Miałem okres, w którym robiłem seriale, żeby zarobić forsę, ale tylko po to, żeby potem mieć święty spokój i usiąść nad filmem. Bo nie potrafię robić tych dwóch rzeczy naraz. To dla mnie niewykonalne, żeby robić serial, a jednocześnie pisać poważny scenariusz. To emocjonalnie nie do pogodzenia.

Nikt Cię raczej nie kojarzy z serialami, sam się też nimi nie chwalisz.

- Zarobiłem na swoim najnowszym filmie i to są pieniądze, które mi pozwalają na jakąś przestrzeń. Mam kolegów, którzy zaczęli robić seriale i już nie robią filmów. Bo jeżeli chcesz robić seriale i na tym zarabiać, to już nie możesz od tego odejść. Jeśli odejdziesz, możesz nie wrócić. To ciągły balans.

Od Twojego pełnometrażowego debiutu do ostatniego filmu „Wspomninie lata” minęła cała dekada. Długo kazałeś czekać...
- Przeżyłem hardcorową sytuację z moim ostatnim filmem, bo miałem go kręcić dwa lata wcześniej i nie znalazłem chłopca do głównej roli, choć wszystko było przygotowane. Nagle stanąłem w takiej zupełnie zdumiewającej sytuacji, gdzie wszystko było przygotowane i nie było tego chłopaka. Wiedziałem, że ten którego miałem do dyspozycji, nie pociągnie roli i dlatego odwołaliśmy ten film. Ten zawód jest okrutny.

Rodzina nie ma pretensji, że za bardzo żyjesz w swoim artystycznym świecie, zamiast robić hajs na tym, co potrafisz?
- Nie, bo był naprawdę moment w którym ja tych pieniędzy dużo zarobiłem i to pomogło. A moja żona też pracuje i dobrze zarabia, więc to jest dla nas jakiś fundament, stała baza. Zresztą moje filmy fabularne też przyniosły mi pieniądze i to dosyć porządne. Od czasu do czasu nagrodę dostanę, więc mam przestrzeń. Moja sytuacja jest teraz całkiem dobra.

Nie musisz już nikogo prosić o łaskę, odkąd przestałeś być anonimową postacią w świecie filmu?
- Mam producenta, który jest super (Opus Film) i którego się trzymam. Wiem, że jeśli napiszę projekt, który będzie interesujący, to będą walczyć o forsę na jego realizację. Tak było z moim ostatnim filmem, a to jest bardzo dużo. A co do historii serialowych, to zobaczymy jak sytuacja się potoczy. Moi koledzy zarabiają potężne pieniądze na serialach, tylko czy po to ja tę szkołę kończyłem?

Jak ważna była dla Ciebie łódzka szkoła filmowa?
- Była jedynym miejscem, w którym czułem się na swoim miejscu. Szkoły podstawową i średnią ledwo zaliczałem, żeby dotrzeć jakoś do matury, bo wiedziałem, że to mnie w ogóle nie interesuje. Tak jak nigdy nie interesowało ludzi w szkole to, co robię poza nią. I tam nagle tych ludzi ja interesowałem. Oni byli na to otwarci. Trafiłem w Łodzi na taką postać jak Wojciech Jerzy Has. Pod jego opieką zrobiłem pierwszy film „Pokuszenie”, musiałem zamknąć historię w formule 10 minut i Has był niezwykle restrykcyjny. Dialog miał mnie nie interesować, trzeba było opowiadać obrazem, a on był mistrzem. Nigdy nie mówił niepotrzebnie, wystarczyło, że powiedział kilka zdań i to były zdania zawsze w punkt. „Pomyśl o tym jak pokazać to obrazem, a nie powiedzieć słowem” - mówił.

CZYTAJ DALEJ NA NASTĘPNEJ STRONIE

Z regionu

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

podpis (gość)

artysycznie, dyplowy, emocjonlanie, realiazję, po porostu
M.Obszarny topisarzmarny.