Bez ściemniania. Opowieść wigilijna - felieton Pawła Lareckiego.

Paweł Larecki
Paweł Larecki
Paweł Larecki Archiwum prywatne
Za moich czasów, panie dzieju, choinkę przystrajały zupełnie inne ozdoby, z których część robiło się w domu własnoręcznie z zakupionych w sklepie papierniczym gotowych lub półgotowych materiałów, inne zaś wykonywaliśmy na lekcjach robót ręcznych samodzielnie, pod okiem nauczycielki.

Mikołaje, aniołki, łańcuchy, gwiazdy, ptaszki, koszyczki (z wykorzystaniem papieru kolorowanego, karbowanej bibułki, złotka i sreberka po czekoladzie, brokatu, orzechów, wydmuszek po jajkach, pudełeczek po zapałkach). Ba!

Na tyle to było dawno, że w wielu mieszkaniach na choinkach paliły się jeszcze żywym ogniem specjalne, choinkowe świeczki, mocowane w specjalnych, choinkowych też lichtarzykach, mocowanych do gałązek na tej zasadzie, jak spinacze do bielizny. Stearyna kapała na wypastowane deski podłogi, a bywało, że choinka zajęła się płomieniami i częstawo konieczny bywał nawet przyjazd straży pożarnej.

Dziś - stojąc w supermarkecie i dostając oczopląsu od chińszczyzny - trudno sobie wyobrazić, ale w ogóle nie były wówczas dostępne w handlu elektryczne lampki, więc tata położył na stole kilkanaście żaróweczek od motocykla, pomalowanych amatorsko na różne kolory matową farbą, wytoczone z drewna jakby opraweczki, pocięty na odcinki kabelek, wtyczkę, lutownicę, cynę i kalafonię, by wyczarować z tego cieszące oczy oświetlenie.

Z niektórych mieszkań zapamiętałem - co mnie zdziwiło - wiszące na drzewkach żarówki typowej wielkości, z tym że nie o napięciu 220 V, lecz na 24 volty - jak się okazało, używane przez mechaników w garażach samochodowych. Takie właśnie ozdabiały choinkę stojącą na placu Kościuszki. I takie też zapamiętałem z zabaw choinkowych, organizowanych w świetlicy zakładu pracy ojca. Nie mówiąc już o czekających tam na nas paczkach z łakociami od świętego Mikołaja, którego w pewnych latach, jednak bez powodzenia, próbowano również i u nas, nazywać - z przyczyn politycznych - Dziadkiem Mrozem. Oczekiwaną przez okrągły rok sensacją w takich paczkach co było? Tak, dwie pomarańcze, które przypływały z komunistycznej Kuby, co skwapliwie przed świętami pokazywała ówczesna telewizja w programie pierwszym (bo drugiego nie było!)

Wracając do zielonego drzewka: w zasadzie obowiązkowe było położenie na gałązkach waty i anielskich włosów, jak i powieszenie rajskich jabłuszek oraz ciasteczek własnego wypieku i cukierków, które korciły, ale których zerwać nie wolno było wcześniej, jak dopiero po Bożym Narodzeniu. A przede wszystkim - nie było sztucznych choinek!

Trafiali się jednak już wtedy tacy, których wycinanie drzewek martwiło. Oni zadawali sobie trud, ażeby kupione luzem gałęzie sosny czy świerku, powtykać w 2-metrową rurę z ponawiercanymi wokoło otworkami, jednak tak spreparowana choinka sypała igłami dużo wcześniej. Prawdziwym zaś obrzędem było oprawianie iglastego gościa w domu, w drewniany lub żelazny stojak! Tu już trzeba było męskiej siły i znawstwa.

Drugą ceremonią zapamiętaną z dzieciństwa, głównie ze względu na towarzyszący temu smród, było obdzieranie ze skóry uwieszonego w kuchni na kiju od szczotki zająca na pasztet, którego podrzucał zaprzyjaźniony myśliwy. Wcześniej przez tydzień szarak musiał zwisać na mrozie pod oknem, przywiązany sznurkiem za skoki. Żeby skruszał. Omyk (ogon) dostawał się mi, do zabawy.

O jak odległych jednak czasach ja tu snuję te swoje wspominki, niechaj zaświadczy takie zdarzenie: troszkę podniszczone świecidełka i co tam kto miał na zbyciu, przynosiliśmy na naszą klasową choineczkę z domu i ja - z dziecięcą radością - przybiegłem do szkoły (II klasa? Może III?) z kilkoma papierowymi aniołkami - takie szablonowe twarzyczki z kartonu, ze skrzydłami, do powieszenia na nitce. Ale powisiały one niezbyt długo, bo na drugi dzień wychowawczyni wzywa moją mamę i cichaczem oddając jej te aniołki, wyjaśnia szeptem, iż takie ozdoby nie mogą wisieć na choince w szkole, kropka. Najwidoczniej ktoś doniósł i pani zareagować była zmuszona. Tak, zgadliście - było to za Gomułki Władysława, zwanego przez partyjny aktyw towarzyszem Wiesławem. Bóg się roooodzi...

Polacy smakoszami czekolady

Wideo

Materiał oryginalny: Bez ściemniania. Opowieść wigilijna - felieton Pawła Lareckiego. - Piotrków Trybunalski Nasze Miasto

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

m
msx
Sklave wyluzuj. Mało prawdopodobne żebyś zdołał wygrać wyścig o palmę pierwszeństwo z tym drugim cymbałem.
M
MWS
Własnoręcznie zrobiłam na pracotechnice gwiazdę na czubek choinki, właśnie zamiast szklanego czubka, bo się stłukł, a o nowe i ładne cacka choinkowe było trudno i drogie były. Gwiazda potem ozdabiała jeszcze choinkę już w domu mojego syna. Wesołych!
W
Wierzeje
Padam na twarz po harówie przedświątecznej i na dobranoc czytam o czasach mojego również dzieciństwa. A najmilej wspominam podbieranie matuli kruszonki do ciasta drożdżowego. Popijałam ją ciepłym mlekiem.
A
A.
A ja z prawdziwą przyjemnością (i dziką rozkoszą!) pragnę dołączyć się do tych życzeń!
Zdrowych i spokojnych świąt Bożego Narodzenia w cieple rodzinnego grona, a na Nowy Rok 2018 życzę szczęścia i realizacji życiowych planów!
t
twoja -ex
O ty psichuju, żeby ci jaja na mrozie zamarzły!
o
obs.
Większą mendą jest w dzisiejszej w Polsce "prawdziwy" katolik niż "dawny komuch". Tyle mam do powiedzenia w tym temacie....
A
AN
To prawda. Tekst budzi ciepłe skojarzenia. :)
Dodaj ogłoszenie